Post Dr Ewy Dąbrowskiej – moje efekty po pełnych 6 tygodniach + ZDJĘCIA

Post Dr Ewy Dąbrowskiej – moje efekty po pełnych 6 tygodniach + ZDJĘCIA

O Poście Dąbrowskiej pisałam już kilkukrotnie, ale w końcu nadszedł czas na TEN wpis – dotyczący mojego postu i moich efektów. 
Wpis piszę ze sporym poślizgiem, bo pełny 42 dniowy post przeszłam w terminie od 7 kwietnia do 18 maja. Wcześniej ciężko było mi się zebrać ze spisaniem tego i zebraniem w całość, bo jakoś nie potraktowałam tego jako wielki sukces, chociaż wiem, że powinnam. Czas najwyższy się pochwalić.

 


Koniecznie polub mój fanpage na facebooku {klik}, ponieważ właśnie trwa fajny konkurs z książką dotyczącą Postu Dąbrowskiej do wygrania! Termin zgłoszeń kończy się 06.09.2018


Zanim przejdę do mojej przemiany, napiszę wam jak to w ogóle było ze mną i skąd pomysł na Post się wziął.

Od dobrych trzech lat skrupulatnie walczyłam nad zrzuceniem tych totalnie mi zbędnych kilogramów i dostawałam frustracji, płakałam i się załamywałam – bo kto by się nie podłamał, gdy waga ani drgnie?

Wszystko jednak robiłam z głową (i to podejście mimo wszystko polecam!). Czyli zero diet cud, szejków w proszku i innych “znakomitych” produktów naszpikowanych syfem, żadnych diet 1000 kcal, kapuścianych, dukanów i innych bzdur, które bez nadzoru lekarza lub wykwalifikowanego dietetyka mogłyby tylko narobić więcej szkody, niż to warte. Samodzielnie już dawno temu ograniczyłam laktozę, bo źle się po prostu czułam po krowim mleku. Miałam też epizod z tym nieszczęsnym i modnym glutenem – wyeliminowałam, ale zbawienia mi to nie przyniosło, więc do niego powróciłam.

 


Koniecznie dodajcie mnie na instagramie – będzie mi przemiło, jeśli mnie zaobserwujesz i razem
ze mną będziesz oglądać londyńskie zakątki, odwiedzać piękne kawiarnie i inspirować się do zdrowego jedzenia.



W rodzinie mam wiele przypadków problemów z tarczycą, więc ją zbadałam – zły trop, wyniki dobre. Co robić? A termin ślubu zbliżał się nieubłagalnie, a mi zależało na utracie wagi. Nie chciałam za żadne skarby iść do ołtarza jako klopsik.

Wyliczyłam swoje zapotrzebowanie kaloryczne, odjęłam odpowiednią ilość, aby wagę redukować. Ważyłam i liczyłam każdy posiłek, każdy gram wszystkiego, co lądowało na moim talerzu. Na obiad 20 g pieczarek, 50 g kaszy gryczanek, 70 g kurczaka i pyk, do excela – wyliczone kalorie, białko, węglowodany i tłuszcze. Do tego siłownia – trzy, cztery razy w tygodniu, z której wychodziłam umęczona i upocona jak prosiak. Czasem w domu Mel B lub niezastąpiona Chodakowska. I co? I gówno!

Wypełnione arkusze excela z moimi jadłospisami liczonymi co do grama mam wciąż na dysku. Liczyłam, pilnowałam, ruszałam się. I nic. Żeby nie było – nie ważyłam się codziennie, bo to bzdura. Ważyłam się co miesiąc o tej samej porze dnia, aby zobaczyć najbardziej miarodajne wyniki. Których nie było. Ćwiczyłam dużo na siłowni, a jak wiadomo mięśnie ważą więcej niż tłuszczyk, to się mierzyłam. Też co miesiąc. I gówno. Co miesiąc wpisywałam w excelowe tabelki z pomiarami dokładnie te same wartości. Zero efektu.

Dostawałam już ataków frustracji, strachu i paniki. Zależało mi na czasie, bo ślub był lada moment. Przyleciałam znowu do Polski i postanowiłam się przebadać ponownie, tym razem wzdłuż i wszerz, bo przy staraniach, jakie podejmowałam, brak spadającej wagi był absurdalny. Słabo mi się robi na myśl o kwocie, jaką wydałam na kilka pakietów badań i drugie tyle na prywatne wizyty lekarskie – jedna tuż za drugą. Ale jak to mówią – co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Po kilku dniach miałam odpowiedź, co za cholerstwo mi dolega, receptę dłuższą, niż rozprawki na polaku w liceum i zalecenie endokrynolog, aby przeprowadzić post Dąbrowskiej w celach leczniczych

To nie był pierwszy raz, kiedy o tym usłyszałam. Przez to, że walczyłam z wagą czytałam o różnych rozwiązaniach – w tym także trafiłam na post. Zapoznałam się z zasadami “po łebkach” i od razu rozwiązanie odrzuciłam. Nie podjęłabym się chyba tego sama z siebie, bez polecenia lekarza. Ale tak się stało, więc do dzieła. Zaczęłam dokładnie czytać i zgłębiać temat. Wizja wsuwania samych warzyw była przerażająca i chwilę zwlekałam z jego rozpoczęciem. Co z moimi wyjściami do kawiarni na pyszną kawę? Co z naszymi czwartkowymi śniadaniami?

 


Podstawowe zasady postu, dozwolone produkty i wszelkie informacje niezbędne na start znajdziecie w tym wpisie.
Jeżeli chodzi o nowe wyjście z Postu Dąbrowskiej zgodnie z protokołem i trzema fazami,
w jasny i zrozumiały sposób opisałam tutaj.
Natomiast jeśli masz wątpliwości, czy tak szybko utracone kilogramy wrócą do ciebie
w postaci efektu jojo, to wszystko wyjaśniam w tym wpisie.


W końcu w sobotę 7 kwietnia postanowiłam zacząć. Polecam rozpoczęcie w weekend, bo pierwsze dni postu bywają paskudne. Mogłam je przynajmniej przeleżeć lub przespać. 

Nie będę ściemniać, że te 6 tygodni to była bajka. Bywały momenty, że miałam tego serdecznie dość, irytowałam się i frustrowałam, chciałam po prostu zjeść coś normalnego, normalne jedzenie, posiłek, wyjść na miasto, napić się kawy. Ale dałam radę – pełne 42 dni bez żadnego odstępstwa, błędu i potknięcia. 

Jak? Post to kwestia psychiki, nie ma co się oszukiwać. Ja po prostu wbiłam sobie do głowy, że to czego nie mogę zjeść, to nie mogę. I już. Mógł obok leżeć talerz z pachnącym domowym obiadem – niech leży, nie mogę. Koniec.

Mając lepsze i gorze momenty przetrwałam. Zgubiłam łącznie 13 kilogramów przez te 6 tygodni i około 52 cm w obwodach. Czułam się lekko i bardzo dobrze. Niestety nie budziłam się jak większość o świcie pełna energii, ale zasypiałam jak dziecko wcześniej niż zwykle. Poprawiła mi się cera i miałam sporo czasu – nie musiałam aż tyle gotować! Nie brakowało mi raczej energii, nie byłam osłabiona, bez problemu potrafiliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową i wykręcić 30 km.

Minusem było wychłodzenie organizmu, ciągle było mi zimno, więc ciepłe skarpetki i kubek herbaty były moim wybawieniem.

Ale uwierzcie, nic tak nie cieszyło, jak wciskanie się w ubrania z dna szafy, które czekały “aż schudnę”. Polecam to uczucie! 

Mimo, że upłynęło już sporo czasu, to nie dotknął mnie efekt jojo, o którym szczegółowo pisałam tutaj. Wiem, że przede mną jeszcze sporo pracy i dostosowywania się do nowego trybu życia – zdiagnozowano u mnie Insulinooporność i wciąż się uczę jak ogarnąć to schorzenie, by żyło się jak najlepiej. Co jeść, czego nie, jak ćwiczyć, jak komponować posiłki, co z tym indeksem i ładunkiem, i tak dalej… Także trzymajcie za mnie kciuki! Na całe szczęście dieta przy insulinooporności jest całkiem przyjemna, a ja z pewnością będę dzieliła się z wami sprawdzonymi przepisami, więc śledźcie bloga.

 


Jeżeli szukacie innych przepisów na smakołyki w odchudzonych i zdrowych wersjach, ale niekoniecznie postnych,
to zajrzyjcie do tej kategorii {klik}


 

Jeśli są tu postowicze, to pochwalcie się swoimi efektami! 

Buziaki, Monika

Komentarzy: 8

  1. Marta
    30 sierpnia 2018 / 16:15

    Hej 😉 Trafiłam dziś na tego bloga szukając informacji o nowym wyjściu z diety i tak mi się spodobało, że zostałam. Jestem w podobnym wieku jak Ty- mam 25 lat i męczyłam się z nadwagą (a już nawet prawie wchodziłam na otyłość wg BMI). Postanowiłam, że muszę się za siebie wziąć, bo nigdy nie byłam pulchna i źle się czułam we własnym ciele, a do tego miałam problemy z żołądkiem na które lekarze nie mieli metody. Swój pierwszy post przeszłam na przełomie lutego i marca. Nie był pełny tylko 30 dniowy, bo już mój organizm mówił stanowcze NIE. Schudłam wtedy z wagi 82kg do 72kg. Po samym wyjściu przybyło mi około 1 kg. Tydzień temu stanęłam na wagę i po 2 miesiącach szaleństw wakacyjnych przybyło mnie 2kg. Od razu podjęłam decyzję- krótki 14 dniowy post przypominający. Dziś jestem już 6 dzień na warzywkach. Nie ukrywam, że jest ciężko, bo muszę gotować mężowi normalne posiłki (uroki bycia z kimś kto je jak słoń, a wygląda jak mrówka). Dam radę i liczę na moją upragnioną 6 z przodu na wadzę. Bardzo miło się Ciebie czyta i ogląda zdjęcia z przemiany, która tak jak mnie była bardzo widoczna. Można wiedzieć ile masz wzrostu i ile kg aktualnie wskazuje waga? Życzę utrzymania wagi i rozwoju bloga 😉 Pozdrawiam Marta

    • Monica Bialucci
      30 sierpnia 2018 / 16:44

      Marta, dziękuję za cudowny komentarz! 🙂 Cieszę się, że Ci się udało! A co do męża – doskonale wiem, o czym mówisz – mój ma prawie 2 m wzrostu i chudy jak szczypior, choćby wsuwał tonę jedzenia, a ja czasem tyję z powietrza – niesprawiedliwość 😀
      Ostatnio się nie ważyłam, ale po 3 miesiącach od postu utrzymuję na szczęście wagę 🙂 Z ostatniej wynikało 72-73 kg na 160, teraz czeka mnie trochę nauki i pracy odnośnie diety z niskim IG, wydaje mi się to bardziej skomplikowane, niż zasady postu 😀 Ale dam radę!

      Powodzenia na poście, buziaki!

  2. 30stka
    30 sierpnia 2018 / 18:36

    W moim przypadku to tylko styl życia, nieodpowiednia dieta i wiek. Szczerze i bez bicia przyznaję, że mimo, iż ogólnie odżywiam się dość zdrowo, to mam słabsze dni i się przejadam. Słodycze, duże lunche itp. Wtedy waga szybciutko idzie w górę. Jednak kiedyś poszłam na dietę 1400 kcal i po kilku miesiącach byłam znów szczupła i o ponad 10 kg mniej… A BMI spadło do ok. 23, więc super. Miałam chyba z 27. Jestem ogólnie zdrowa, więc jak przestrzegam diety, to szybko gubię kilogramy. Jednak idzie mi to trochę wolniej niż kiedyś… Ale regularnie za to.
    Znam jednak osoby, którym tak łatwo nie jeść, bo cierpią na kilka chorób i dla nich moja dieta nie będzie działała w ogóle, zwłaszcza, że jem na niej dość dużo węglowodanów złożonych. Teraz niestety znów jestem na diecie, bo sobie pozwoliłam, ale jak wtedy, na pewno mi się uda zrzucić. A wtedy już trzeba opracować plan jak to utrzymać, ale tym razem tak na serio. Dla ładnego wyglądu, zdrowia i przeciwko moim problemom z jelitami.
    Moja znajoma stosuje dietę ketogeniczną przy problemach z hormonami, insulinopornością itp.

    • Monica Bialucci
      30 sierpnia 2018 / 18:39

      1400? To dość mało. Policz sobie swoje zapotrzebowanie, średnio kobieta dla utrzymania wagi powinna przyjmować ok. 2000, a na redukcji z 1700, w zależności od trybu życia i poziomu aktywności fizycznej.
      Tak czy inaczej trzymam kciuki za Twoje rezultaty 🙂

  3. Beatka
    5 września 2018 / 07:33

    Ale fajny blog. Cieszę się że tu trafiłam a trafiłam bo szukałam informacji o nowych zasadach wychodzenia z postu. Na pewno tu zostanę i będę często zaglądać. Ja rok temu przeszłam post dwutygodniowy ale więcej nie dałam rady. Schudłam osiem kilo i tsh spadło mi z 4.5 na 1.9 bo borykam sie z niedoczynnością tarczycy. Mam 42lata i trójkę dzieci wiec jak sie domyślasz pol zycia sie odchudzam😂 tylko że kocham kulinarne podróże i gotowanie i jedzenie wiec jest cieżko😂 w Londynie byłam dwa lata temu i na pewno jeszcze tam wrócę. Bede śledziła Twoje wpisy i konto na instagramie.

    • Monica Bialucci
      10 września 2018 / 13:16

      Dziękuję! Cieszę się, że tu jesteś <3

  4. Olga
    17 września 2018 / 19:38

    Cześć Monika 🙂
    Bardzo dobrze się ciebie czyta a cały blog jest przyjemny dla oka. Trafiłam do ciebie szukając więcej informacji na temat postu dr dąbrowskiej bo właśnie zaczynam mój drugi post po 1,5 rocznej przerwie i sporo i formacji zdażyło ulecieć mi z głowy przez ten czas wiec dziękuje za fajne opisy.
    P.S. tez od niedawna mieszkam w Londynie wiec gdybys się kiedyś nudziła to możemy się wybrać na wspólne zwiedzanie miasta i wymienię doświadczeń nie tylko na temat postu 😉
    Pozdrawiam i życzę szybkiego rozwoju bloga

    • Monica Bialucci
      19 września 2018 / 19:40

      Dziękuję za komentarz!
      Cieszę, się, że możesz skorzystać z treści z różnych kategorii 😀 A co do zwiedzania – chętnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *