O tym, jak sukni ślubnej zaczęłam szukać na 7 tygodni przed ślubem…

O tym, jak sukni ślubnej zaczęłam szukać na 7 tygodni przed ślubem…

Pani Deadline – to mogłoby być moje nazwisko. Pasuje idealnie przy moim zostawianiu wszystkiego na ostatnią chwilę. Ale tu było nieco inaczej.

Ten wpis jest nieco inny niż pozostałe, bo jednak bardziej osobisty. Wiąże się z tematem, którego nie ukrywam i zapytana – odpowiadam, ale sama raczej nie lubiłam o tym rozmawiać. Bo kto lubi gadać o tym, że ma problem? A już szczególnie kobieta. Z wagą.


Mój profil na instagramie znajdziecie  klikając tutaj.
Będę przeszczęśliwa, jeżeli ze mną tam zostaniecie.


I choć być może to głupie, trywialne, a w ogóle, to próżne, to obiecałam sobie, że do własnego ślubu nie pójdę w takim ciele, jakie miałam. Nie i już. I choć wiem, że tego dnia liczy się zupełnie coś innego, to nie ma co się oszukiwać – żadna kobieta nie chciałaby czuć się wtedy beznadziejnie. Poza tym wydaliśmy tyle na naszego fotografa, że nie wyobrażałam sobie nie móc patrzeć na te zdjęcia za 10 lat, bo byłam klopsem, haha 😀

Od dobrych trzech lat skrupulatnie walczyłam nad zrzuceniem tych totalnie mi zbędnych kilogramów i dostawałam frustracji, płakałam i się załamywałam – bo kto by się nie podłamał, gdy waga ani drgnie? Mimo wielu prób i podejść nic nie przynosiło rezultatów, a termin ślubu zbliżał się nieubłagalnie…

Były momenty strachu i paniki, a na samą myśl pójścia do salonu sukien ślubnych robiło mi się słabo. Na myśl o przymierzaniu zbyt ciasnych sukienek, albo tych z gorsetem, które choć totalnie nie są w moim guście, pewnie utrzymałyby i upchały to i owo. I za cholerę, choć byłam w Polsce, na żadne przymiarki nie miałam ochoty iść. Bo i po co? Walczę i walczę, w końcu do tego ślubu schudnę (bo innej opcji nie brałam pod uwagę). Więc po co mi mierzyć fason, który teraz by mi zakrył to, czy tamto, a za 3 miesiące już by mi nie pasował? Wydawało mi się to logiczne, więc temat sukienki dalej ignorowałam.

Zostawało coraz mniej czasu, a salony projektantek, które szyją piękne suknie w Polsce każą sobie przychodzić na wizytę z półrocznym wyprzedzeniem, więc kolejne możliwości znikały z mojej listy wraz z upływającymi tygodniami.

A ja dalej liczyłam każdą kalorię, ważyłam każdego pomidora i marchewkę i wylewałam siódme poty na siłowni. A waga, cholera jasna, stała w miejscu. Poleciałam do Polski poszukać przyczyny od środka, bo brak efektów przy tym ile pracy i czasu włożyłam w zmianę swojego ciała był niepokojący.

Po przeprowadzeniu wielu badań i odhaczeniu kilku prywatnych wizyt lekarskich poznałam diagnozę – Insulinooporność i PCOS. W pierwszej kolejności odchudziłam portfel – przez kilka dni biegałam od gabinetu do gabinetu, od kliniki do laboratorium i opłacałam kolejne wizyty i pakiety badań. Finalnie, oprócz torby tabletek, zaleceń dietetycznych, w pierwszej kolejności lekarz zalecił mi przeprowadzenie Postu Dąbrowskiej. Poprawiłam wyniki i zgubiłam w trakcie 6 tygodni łącznie 13 kilogramów, o swoim sukcesie napisałam tutaj. Kliknij, by poczytać!
Na szycie sukienki w połowie salonów i tak już było zdecydowanie za późno, bo zostały około 2 miesiące do ślubu. Zaczęłam interesować się sukienkami używanymi i znalazłam fajny zagraniczny serwis, gdzie kobiety sprzedawały swoje cuda. Oglądałam i wahałam się, co robić, bo na widok żadnej z nich serce mocniej nie biło.

W pierwszej połowie maja 2018 lecieliśmy do Polski pozałatwiać trochę formalności. Na dwa dni przed wylotem zaczęłam na facebooku z ciekawości oglądać sobie trójmiejskie salony sukien ślubnych – a nuż trafię jakąś gotową do kupienia od ręki. Przypadkiem znalazłam salon, o którego istnieniu nie miałam pojęcia – malutki, niedawno otwarty. Ale jak przeglądałam galerię, dosłownie opadła mi szczęka. Sukienki były takie, jakie oglądałam na pintereście – dosłownie miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam nawet szukać informacji, czy ten salon aby na pewno istnieje, bo takich sukienek w Polskich salonach nie widziałam… Istniał! Byłam wniebowzięta, bo od lat na moich pinterestowych tablicach poprzypinane miałam zdjęcia lekkich, zwiewnych, romantycznych sukienek z tiulu. I to było to – sukienki białoruskiej projektantki Rara Avis.

Napisałam wiadomość na facebooku z zapytaniem o możliwość zakupu sukienek od ręki i te wystawowe, jak najbardziej można zakupić i to ze zniżką. Ale wiecie co jest najlepsze?  Że sukienkę można uszyć za dodatkową opłatą w trybie przyspieszonym, w ciągu maksymalnie 6 tygodni! Tak. Wtedy do naszego ślubu zostało ich 7, więc to był dosłownie ostatni dzwonek dla mnie. Spadli mi z nieba!

Dwa dni później byłam już ze świadkową w salonie i przymierzałam sukienki. Z katalogu wcześniej upatrzyłam sobie dwa modele, ale na nic się nie nastawiałam. No bo wiecie jak to jest – upatrzycie sobie coś online, a później okazuje się, że wyglądacie jak ziemniak. Albo w drugą stronę, niepozorna szmatka okazuje się być czymś “wow” po założeniu. Ja jednak miałam nosa – choć przymierzyłam z pięć sukienek, to ostateczną decyzją było wybranie jednej spośród tych dwóch, które od początku skradły mi serce. Wahałam się między modelem Ivanel i Linda. I finalnie wybrałam – na 7 tygodni przed ślubem, po jednej, jedynej wizycie w salonie wyszłam z podpisaną umową na moją wymarzoną sukienkę.


Hej, jak coś, to więcej ślubnych wpisów znajdziecie w tej kategorii! Między innymi zobaczycie najpiękniejszy Kościół w Polsce, jaki wybraliśmy na naszą ceremonię. I to nie tylko moje skromne zdanie!


Udało się! Pozostało tylko czekać na wiadomość, że moja kreacja czeka do odbioru.

A w ogóle, to mówiłam wam już, że mój mąż przez całe nasze przygotowania ślubne nie miał pojęcia o mojej sukience? Nigdy nie pokazywałam mu nawet inspiracji, ani tego, jakie modele mi się podobają. Chciałam, by moment tuż przed ślubem był dla nas wyjątkowy, był niespodzianką i miał w sobie dreszczyk emocji. O naszym First Looku właśnie kończę pisać post, więc lada moment podzielę się tym z wami. Mam też kilka zdjęć jego reakcji…

Suknia została uszyta odrobinę szybciej. Zabukowałam loty na kolejną przymiarkę. Była cudowna i dokładnie w takim stylu, o jakim marzyłam.

Wybrałam model Ivanel białoruskiej projektantki Rara Avis. Cała w kolorze śmietankowym, natomiast jedna z trzech warstw tiulu była w pudrowym różu. Na moje życzenie doszyto do niej marszczone rękawki.


Ej, pssst… chodźcie polubić mój fanpage na facebooku


Suknia miała tren bez możliwości odpięcia. Cała tiulowa, z satynową halką pod spód. Góra cała w zdobieniach i koralikach, szczególnie na barkach. Odkryte plecy ze zwisającymi łańcuszkami z zapięcia.

I choć finalnie nie była “eską” ani nawet “emką”, to była idealna, czułam się w niej fantastycznie, a mąż dosłownie płakał ze wzruszenia jak mnie zobaczył – sami widzieliście to tutaj! Usłyszałam całe mnóstwo komplementów na jej temat i myślę, że nie mogłam wybrać lepiej. Była dla mnie wyjątkowa i zupełnie inna niż wszystkie.

I to cudo znalazłam w gdańskim salonie Dress Please Studio przy pomocy mojej kochanej świadkowej i wspaniałej właścicielki Renaty. Obie kobietki sprawiły, że wybieranie tej najważniejszej sukienki z wizji koszmaru przerodziło się w przyjemne i fajne doświadczenie, dlatego należą im się ogromne podziękowania!

A wy w czym szłyście do swojego ślubu? A jeśli ta chwila jeszcze przed wami, to napiszcie mi jakie macie fasony w planach, jak wygląda wasza wymarzona sukienka?

Aha, jeszcze jedno! Jakby mało nam było farta przy wyborze kreacji weselnych, to podzielę się też historią Tomka i jego garnituru! Zanim jeszcze byliśmy w ogóle zaręczeni, z ciekawości wybraliśmy się na targi ślubne, żeby zobaczyć na co my w ogóle się piszemy. No i poszliśmy, pokręciliśmy się, pooglądaliśmy. Akurat byliśmy nieopodal głównej sceny, gdy ogłosili konkurs – szukali trzech odważnych, więc niemalże wypchnęłam Tomka rękę w górę jako chętnego i ufff, udało się. Na scenie śmiałków czekało wyzwanie – odpowiedź na pytanie, które mniej więcej brzmiało “Podaj liczbę małżeństw zawartych w województwie Pomorskim w roku 2015”. Każdy z uczestników z oczami jak pięć złotych wymyślił jakąś liczbę, z czego ta podana przez Tomka, zupełnie losowa (około 11 tysięcy – w sumie, to ten śmieszek podał jakąś dokładną kwotę, typu 11 386!) była najbliżej tej dokładnej. Wygraliśmy! Nagrodą główną był bon na 2500 złotych na szycie garnituru na miarę u krawca – a że mój to chudy i długi i nic ze sklepowych półek i tak by nie pasowało, to trafiło się nam idealnie! Taki fart! Aż zachciało mu się hajtać i się oświadczył, haha!

Jeśli macie jakieś ślubne bądź nieślubne pytania, to śmiało piszcie! : )

Buziaki,
Monika

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *