Kochaj siebie – poślubny “glow” / Punta Cana

Kochaj siebie – poślubny “glow” / Punta Cana

Jak do tej pory to chyba mój najbardziej spontaniczny wpis na blogu!

English version of this post is available here (click!).

Dochodzi druga w nocy, bawię się Lightroomem i odświeżam sobie fotki sprzed ponad 6 miesięcy. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że w lipcu, podczas naszej podróży poślubnej w Punta Cana zdecydowałam, że koniecznie muszę zrobić zdjęcia z balonami w kształcie serc, które mieliśmy w naszym pokoju – tak na zapas, żebym mogła je wrzucić na Walentynki, hahah! Ludzie chillowali w basenie i patrzyli się na mnie dziwnie, ale miałam to totalnie gdzieś.

Tak więc mamy 12.02, ja zdecydowałam się przygotować kilka fotek na Insta i inne media społecznościowe. Wzięłam się więc za przerabianie tych pamiętnych, wakacyjnych fotek. I w sumie, poczułam się dziwnie. Byłam mega uśmiechnięta i pewna siebie – a to drugie, to nie zdarza mi się zbyt często. A już na pewno nie w takim wydaniu i tak promieniejąc. Zazwyczaj nie noszę kombinezonów, w których odznacza mi się brzuch, tym bardziej tych z odkrytymi spodenkami. Ale tam, wyjatkowo czułam się super w swoim ciele.

Taaaak, wiem, na tych fotkach wciąż mam jakieś przynajmniej 10 kilo za dużo, ocierające się uda (the struggle is real) i wałki na brzuchu, ale hej, chrzanić to, wtedy czułam się zajebiście!

Nie mam pojęcia, co było głównym powodem – promieniałam, bo właśnie poślubiłam mojego najlepszego przyjaciela? Czy to może kwestia słońca, wysokich temperatur i tropikalnego klimatu? Albo to wszystko przez mimosy pite w dużych ilościach do śniadania? Albo kombinacja powyższego. Było świetnie. I w sumie, na spontanie stwierdziłam w nocy, że napiszę ten post i wrzucę te zdjęcia. To taki throwback do tego wyjazdu. W sumie, to mamy mnóstwo zdjęć z tego okresu, których nie miałam okazji nigdzie wrzucić, albo chociaż ich poprzerabiać. Zaraz po powrocie było twarde lądowanie. Czekało nas sporo stresujących zmian i chcąc, nie chcąc, wskoczyliśmy na najwyższe obroty by ogarnąć kilka kwestii dorosłego życia.


Zaobserwujcie również mój instagram!


Walentynki tuż za rogiem, a jak wiadomo all you need is love (pamparampampam). Wtedy zdecydowanie mi jej nie brakowało – przede wszystkim wobec mojego świeżo upieczonego mężulka, ale i tym razem, wyjątkowo silnie wobec siebie.

Szara rzeczywistość bywa brutalna i na codzień nie czuję się zbyt pewnie – ale pracuję nad tym. Body positivity to cholernie ważna kwestia. Ja dostałam po dupie, bo 3 lata próbowałam usilnie zgubić chociaż kilka kilo – żadne starania nie dawały efektów (w tym wpisie pisałam o tym nieco więcej). Przynajmniej teraz wiem dlaczego i czas zaprzyjaźnić się z moją “kumpelą”, insulinoopornością.

Jak widać na załączonym obrazku, z radości mogłabym latać!

Nasza podróż poślubna do Punta Cana była dla nas zbawieniem. Wiele bym dała, by znowu znaleźć się w tak słonecznym miejscu i poczuć trochę beztroski (z nielimitowaną ilością darmowych koktajli)! 

Pokochaj siebie – albo chociaż spróbuj – mam nadzieję, że sama potraktuję ten wpis oraz fotki jako rodzaj terapii i małą przypominajkę, że cały czas jestem świetna, robię kawał dobrej roboty i powinnam okazywać sobie trochę więcej miłości. A co mi tam, zrobię sobie domowe SPA. Długa kąpiel z musującą kulą i jakieś maseczki. Należy mi się! : )

Ogromnie dziękuję mojemu kochanemu mężulkowi, który cierpliwie pstrykał fotki. Love you to the moon & back!

Buziaki,
Monika
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *